Z Los Angeles do Big Sur

Piątek 13 listopada 2015

Dopiero pisząc ten tekst skojarzyłam, że gdy wyjeżdżaliśmy w naszą dwutygodniową podróż, był to piątek 13-go. Nie jestem przesądna, ale gdybym była, to ta data niewątpliwie wyjaśniałaby pecha, który przytrafił mi się na samym początku.

W piątek rano mój mąż szykował się do pracy, a ja postanowiłam zabrać się razem z nim (oraz całym dobytkiem przygotowanym na wyjazd). Spontanicznie zdecydowałam, że wsiądę w autobus, którego przystanek będzie najbliżej pracy mego męża i tak samo wrócę, bo wjeżdżanie w miasto autem mogłoby opóźnić nasz wyjazd o kilka godzin. Do wyboru miałam plażę lub centrum, wybór padł na centrum jako że plażę odwiedzam codziennie (plusy mieszkania w Mieście Aniołów).

Los Angeles (2)

Los Angeles (3)

Los Angeles (5)

Los Angeles (4)

Los Angeles (1)

Los Angeles (6)

Nie, nie zgubiłam się, jak uparcie twierdził mój mąż, a straciłam poczucie czasu. Tego dnia złym trafem skończyło mi się doładowanie konta i mąż nie mógł się ze mnę skontaktować, a ja nieświadomie zapuszczałam się głębiej i głębiej w ulice Los Angeles. Gdy nadszedł czas powrotu, licząc na cud szybkiej komunikacji, a raczej teleportacji, wsiadłam do jednego z nielicznych autobusów. Zapomniałam jednak, że w tej metropolii nie istnieje coś takiego jak godziny szczytu, tu po prostu zawsze są korki! Gdy jechałam rano, nigdzie się nie śpieszyłam i zignorowałam fakt, że autobus wlókł się niemiłosiernie (trzeba wiedzieć, że autobusy nie poruszają się po autostradach, które szczelnie pokrywają miasto tylko po zwykłych drogach, gdzie co 30 sekund pojawia się skrzyżowanie). Tym to niefortunnym trafem, mój powrót na czas z góry skazany był na porażkę. W dodatku mąż wyszedł wcześniej z pracy; biedak naczekał się na mnie trochę i pozamartwiał. W grobowym nastroju opuszczaliśmy Los Angeles i tylko reflektory samochodów poruszających się żółwim tempem wokóło nas, rozświetlały nasze ponure twarze. Gdy w końcu zaczęliśmy rozmawiać, maż powiedział mi o zamachach we Francji…

Do Johna dotarliśmy znacznie później niż przewidywaliśmy. Nie spał on jeszcze, ale wyglądało jakby szykował się do snu. Przywitał nas ciepło, pokazał naszą sypialnię, po czym życzył dobrej nocy.

Sobota 14 listopada 2015

Rano, przy tostach i gorącej herbacie, mieliśmy więcej czasu, by się poznać. Rozmowę zdominowały tragiczne wydarzenia w stolicy Francji oraz nasza podróż. John okazał się bardzo sympatycznym, pełnym życia starszym panem, dumnym ojcem i dziadkiem gromadki wnucząt, dla których już zaczynał rozglądać się za prezentami świątecznymi. Pokazał nam również zdjęcia dwóch kobiet, z którymi aktualnie się spotykał i zapytał o zdanie w kwestii wyboru, bo przecież musiał w końcu podjąć jakąś decyzję.

Po śniadaniu pożegnaliśmy się i wyruszyliśmy do Solvang – uroczego miasteczka założonego dokładnie 104 lata temu przez kolonię duńską na wzór osad z ich ojczyzny. Przy stoliku jednej z malowniczych kawiarni, która notabene wyglądała, jakby była wyjęta z baśni Andersena, spędziliśmy przedpołudnie racząc się ciastkami maślanymi. Zakupiliśmy zapas, który miał wystarczyć na całą podróż, jednak nie ma się co łudzić – to co dobre, szybko się kończy. Nie udało mi się odgadnąć czy styl miasteczka to zabieg czysto komercyjny (w ojczyznie Disneyland, gdzie parki rozrywki są główną atrakcją turystyczną, wydaje się to aż nazbyt oczywiste) czy nostalgia Duńczyków odegrała tu jednak główną rolę. Jedno jest pewne: patrząc na tłumy odwiedzające to miejsce, cokolwiek nie byłoby motywacją Duńczyków, zapewniło im to wielki sukces.

Solvang (3)

Solvang (2)

Solvang (4)

Solvang (5)

Solvang  (5)

Solvang (1)

Na obiad zatrzymaliśmy się nieopodal w Los Alamos – wioski z kilkoma domami, jednym zabytkowym hotelem, dwiema  piekarniami (w dodatku na styl francuskich patisserie), jednym sklepem spożywczym i paroma antakwariatami. Trzeba przyznać, że to dość nietypowe połączenie przypominało miasteczko rodem z westeru.

Los Alamos (3)

Los Alamos (4)

Zwiedzanie Hearst Castle zaplanowaliśmy na popołudnie. Ta niesamowita posiadłość jest drugą najbardziej odwiedzaną atrakcją w Kaliforii zaraz po Disneyland. Magnat wydawniczy  William Randolph Hearst zatrudnił architektkę Julię Morgan, która czuwała nad budową obiektu przez prawie 20 lat. Ciągłe zmiany planów i nanoszone poprawki doprowadziły jednak do tego, że właściciel nie doczekał się zakończenia projektu, a po jego śmierci zaprzestano prac. Hearst tworzył swoją posiadłość nie po to, by udekorować  ją zbiorami licznych antykwariatów przywiezionych z podróży po Europie, ale raczej po to, by w końcu gdzieś je pomieścić. Trzeba przyznać, że udało mu się stworzyć imponującą kolekcję.

Hearst Castle (5)

Hearst Castle (6)

Hearst Castle (7)

Hearst Castle (8)

Hearst Castle (1)

Fasada głównej części posiadłości  zwanej La Cuesta Encantada łudząco przypomina fasadę kościoła, dwie wieże zostały odwzorowane na jednej z renesansowych hiszpańskich katedr. Jakkolwiek z zewnątrz budynek wydaje się przemyślany, spójny, intrygujący (kwestią sporną pozostaje fakt podobieństwa do budynku sakralnego), tak w wewnątrz przytłacza nas panujący chaos. W salach do przyjmowania gości, jadalni, sypialniach antyki mieszają się z elementami średniowiecznymi i współczesnymi.

Hearst Castle (2)

Hearst Castle (3)

Hearst Castle (4)

Podziwialiśmy zachód słońca nad rozciągającymi się w stronę oceanu hektarami należącymi do zamku. Mieszkają tam do dzisiaj zebry (nawet udało nam się je zobaczyć), antylopy, zające – pozostałość po największym prywatnym zoo.

Po dotarciu na parking ściemniło się już zupełnie. Drugą noc chcieliśmy spędzić na kempingu. Plan był taki, że nazajutrz mieliśmy delektować się śniadaniem z widokiem na Big Sur. Dobrze jest umieć planować, ale jeszcze bardziej przydatną umiejętnością w życiu jest umiejętność dostosowywania się do zaistniałej sytuacji. Okazało się, że nie było zasięgu i GPS przestał działać, a my nie wzięliśmy ze sobą żadnej szczegółowej, papierowej mapy.  Staraliśmy się jechać na wyczucie, jednak droga nad samym wybrzeżem jest kręta, wąska i nieoświetlona, więc jazda nie należała do najprzyjemniejszych. Gdy znalezliśmy w końcu jakiś kemping, okazał się on wypełniony po brzegi. W takim wypadku nie pozostało nam nic innego jak rozkładanie siedzeń i spanie w naszym wypożyczonym jeep’ie nieopodal parkingu, na którym też nie było już miejsc. Po wyłączeniu świateł, pierwszy raz od dłuższego czasu mogliśmy podziwiać rozgwieżdżone niebo. Niesamowitym uczuciem było zatapianie się w czuleści nocy, z szumem oceanu w tle wolno usypiającym nas do snu.

 

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s